RSS
czwartek, 11 czerwca 2015

Pisząc wcześniejszy tekst na swoim drugim blogu na temat bitwy pod Wizną podczas II wojny światowej natrafiłem na kilka internetowych artykułów, które nie potwierdzają mitu polskich Termopil. W niektórych momentach czytałem wiele argumentów przeciwko prawdziwości podawanych wcześniej informacji. Zanim tak naprawdę rozpiszę się na temat prawdziwości mitycznego opisu to chciałbym najpierw przejść do krótkiego opisu samego mitu - wydarzenia.

To co było podane wcześniej

Według informacji podawanych od czasów PRL-u można dowiedzieć się, że bitwa trwała pomiędzy 7 a 10 września 1939 roku. Wszystkie poczynania trwały pomiędzy tymi datami w jednym rejonie pomiędzy polskimi wojskami pod dowództwem Władysława Reginisa a niemieckimi, którymi kierował generał Heinz Guderian. Ten drugi akurat sławił się jako inspirator faszystowskiego blitzkriegu (mam nadzieję, że za jakiś czas napiszę tekst albo też poświęcę dłuższy kawałek tekstu).

Opowieści o micie rozpoczynają się od samego początku, czyli tak naprawdę od momentu kiedy niemieckie wojsko podchodziło pod linię obronną pod Wizną. Według informacji już wtedy Niemcy mogli mieć wygraną w kieszeni, mieli liczebną i technologiczną przewagę, dodatkowo jeszcze posiadali zaopatrzenie w różnego rodzaju amunicję, żywność oraz podobne sprawy. Natomiast Polacy mogli liczyć na swoje zapasy, broń, amunicję i łud szczęścia, gdzie nie wiadomo było czy pojawią się posiłki dla polskich żołnierzy. Liczebność w samych wojach była zagrażająca. Po stronie niemieckiej było w sumie około 40 000 przeciwko niecałemu tysiącowi Polaków, oczywiście nie wliczam tutaj osób, które były bardziej wsparciem niżeli walczącymi - innymi słowy zaopatrzeniowcy, saperzy, medycy, itp. W przypadku sprzętu to tak naprawdę niemieckie uderzenie posiadało czołgi oraz wozy opancerzone, których nie posiadała obrona. Po stronie obrońców nie licząc CKM-ów mocnym uderzeniem charakteryzowały się dwa karabiny przeciwpancerne, które nie posiadały zbytnio amunicji. I tak w czasie walk się przydały.

W przypadku samych walk to PRL-owska propaganda dała sobie radę i ubarwiła całą bitwę. Z jakiego powodu? A to już przedstawiam to co sam zdobyłem i mogę przedstawić.

Wydarzenia z mitu

Pierwszym krokiem jaki podjęły władze PRL to było wprowadzenie innych ilości żołnierzy. Po stronie niemieckiej było około 50 tysięcy (jak nie więcej), natomiast po stronie polskiej według doniesień było niecałe 400 ludzi (w innych źródłach jest też informacja, że 740). W micie dodatkowo potwierdzono różnicę w technologii używanej przez obydwie strony, przez to mit mógł jeszcze bardziej zwiększyć na znaczeniu oraz na swojej mocy. Wiadomo, że walka jest w tym momencie przegrana dla Polaków i Niemcy mogą tylko czekać na swoje zwycięstwo oraz nie przejmować się. Według mitu akurat było inaczej, niemieckie wojska musiały walczyć i to zaciekle o przejście.

W przypadku wydarzeń w czasie bitwy o Wiznę to one układały się tak, że na samym początku próbowano 10 Dywizją Pancerną zaatakować i rozbić. Tak naprawdę udało się tylko rozbić pluton konnych zwiadowców i na tym się skończyły walki 7 września. Na następny dzień generał Guderian bojąc się możliwości zniszczenia słabszych sił polskich pod Brześciem zadecydował zaatakować swoimi oddziałami. Ataki trwały dosyć długo i 9 września wzmocnionym siłom też nie udało się zwyciężyć. Przez to też pojawiła się sytuacja do przegrupowania się oraz zaatakowania zupełnie inną taktyką na polskie bunkry. Tym razem podjeżdżały niemieckie czołgi pod zabudowania i za ich osłon atakowała piechota. Dzięki temu pojawiły się sytuacje, dzięki którym faszystowscy żołnierze o wiele bezpieczniej przełamać wrogie sobie pozycje. Do zmroku nie udało się zająć wszystkich budynków wojskowych. Dopiero na następny dzień podjęto ostateczny szturm na pozostałe miejsca oporu.

Dzięki tym działaniom polska obrona próbując obronić ostatni bunkier podjęła decyzję, że jednak lepiej się poddać. Dowódca kapitan Raginis kazał dać znać, że jednak polscy żołnierze się poddają. Jak była możliwość to wydał wszystkich swoim podwładnym rozkaz, aby wyszli przed bunkier, sam jednak zamknął się w środku i według informacji pozostałych przy życiu to Raginis użył granatu oraz wysadził cały bunkier. Zniszczenia były spory a brak odpowiedniej reakcji na upływający i coraz bardziej niszczejące pozostałości doszło do tego, że obecnie jest tylko kawałek ściany bunkru dowodzenia. Reszta z linii obronnej przy Wiznie albo sama z czasem zniknęła, bądź też ludzie zniszczyli z różnych powodów.

W przypadku ofiar śmiertelnych to mit wyraża się jednogłośnie, że pozostało 40 osób, które przeżyły i się poddały niemieckim żołnierzom. Natomiast w przypadku faszystów sytuacja była zupełnie inna, u nich poległych było przynajmniej 40 razy więcej, czyli przynajmniej 1200 Niemców poległo w czasie ataków na linię obronną - chociaż mogło dojść do około 3 000. Na chwilę obecną trudno jest mi stwierdzić ilu mogło polec, nie pojawiły się rzetelne zapiski związane z poległymi. Można tylko polegać na informacjach podanych przez faszystowskie źródło, lecz trudno stwierdzić czy ten wynik nie został specjalnie zmodyfikowany. Według mitu to tak naprawdę niezła liczba przeciwników, którą pokonali Polacy zanim się poddali.

Wydarzenia, które się naprawdę się wydarzyły

W przypadku sytuacji nie związanych z mitem, lecz z samym wydarzeniem to ten moment w historii przedstawia się trochę inaczej. Według zapisków, konfrontacji faktów, informacji zawartych w pamiętnikach oraz w innych miejscach można stwierdzić kilka rzeczy. A są nimi między innymi to, że liczba ofiar tak naprawdę jest zupełnie inna. Po obydwu stronach według doniesień poniosło śmierć po kilku żołnierzy. W obecnej chwili jest to trudne do ustalenia, nikt tak naprawdę nie spisywał kto dokładnie zginął i zbytnio nie przejmowano się, przecież walki trwały dalej i za bardzo nie było czasu na spisywanie.

W przypadku samych liczb ofiar śmiertelnych to tak naprawdę może okazać się dla wielu naprawdę wielka porównując mit z rzeczywistością. Według doniesień polskich żołnierzy tak naprawdę zginęło kilkunastu, natomiast po drugiej stronie to pożegnało się z życiem do dziesięciu walczących oraz 10 czołgów oraz pojazdów opancerzonych. Porównując z mitem to tak naprawdę jest to wielka różnica, przecież walki toczyły się przez kilka dni i powinno być o wiele więcej ofiar, lecz tak naprawdę jest zupełnie inaczej.

Patrząc jeszcze na fakty związane z liczbami to jest jeszcze jeden fakt. Jaki? A taki, że w rzeczywistości Niemców przygotowanych było około 40 tysięcy wraz z odpowiednimi służbami a w czasie działań wojennych było zupełnie inaczej, do walk poszło o wiele mniej. Spowodowane to było samym miejscem do walk oraz możliwościami mobilnymi niektórych oddziałów. Natomiast Polaków w rzeczywistości było tak naprawdę niecałe 400, reszta osób będących w bunkrach w czasie walk to tak naprawdę osoby wspierające, czyli osoby powiązane z magazynami, łączności, medycyny i podobnymi. W tym momencie można porównać, że sytuacja związana z liczebnością obydwu walczących stron jest naprawdę wielka. Z tak liczebnym wrogiem Polacy nie mieli zbytnio szans.

Do tego wszystkiego jeszcze dochodziła sprawa związana z używaną bronią, gdzie niemieccy żołnierze mieli o wiele lepszy sprzęt do użytku. Przy okazji do tego jeszcze w czasie walk mieli do dyspozycji artylerię, czołgi oraz przy jednym z ataków pojawiły się bombowce Luftwaffe. Natomiast broniący nie mieli tyle szczęścia mieli w większej ilości karabiny maszynowe oraz kilka sztuk broni przeciwpancernej, dzięki której zniszczyli albo zatrzymali 10 pojazdów opancerzonych. Porównując z mitem to tu tak naprawdę wszystko się zgadza.

Ostatnim faktem jaki chce ująć w swoim tekście jest to, że razem z mniejszą liczbą ofiar jakie tak naprawdę się pojawiły wiąże się jedna sprawa. A jest nim, że wszyscy obrońcy uciekli z pola walki, właśnie z tego powodu było tak mało ofiar śmiertelnych po polskiej stronie, gdzie według mitu powinno być o wiele więcej. Według doniesień ze źródeł jakie przeczytałem jest to, że utworzono nawet sąd wojenny dla uciekinierów z Wizny. Co do tego faktu to potwierdza właśnie, że jest następna sprawa kwestia walk jakie mogły się toczyć. Obecnie trudno jest stwierdzić w jaki sposób zginął kapitanem Raginisem, chociaż jest dosyć głosów, że wysadził się granatem. W obecnej chwili trudno jest to potwierdzić.

Bibliografia

  1. http://pl.wikipedia.org/wiki/Obrona_Wizny;
  2. http://kresowiacy.com/2014/09/mit-prl-o-bohaterskiej-obronie-wizny-w-1939r/;
  3. http://wyborcza.pl/alehistoria/1,128609,12443915,Miedzy_Wizna_a_Termopilami.html;
  4. http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20090903/MAGAZYN/81216083;
  5. http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,100421,7007423,Wizna__nieslychany_mit_kampanii_wrzesniowej_.html
niedziela, 26 kwietnia 2015

Wczoraj byłem (czyli 25 kwietnia) na imprezie zwanej Królewska Wola. Tutaj wybierano królów, na którą oczekiwałem może nie długo, ale na pewno przez pewien czas. Z jakiego powodu? A to z tego, że jako jestem blogerem historycznym to trudno mi było ominąć taką imprezę historyczną organizowaną przez warszawską dzielnicę Wola, gdzie tak naprawdę dawało by mi bardziej omówić wiele spraw historycznych. A do tego jeszcze zobaczyć jak przedstawiają grupy rekonstrukcyjne swoją wersję wydarzeń z czasów elekcji królów Polski. To co mi wiadomo to zorganizowanie tego zdarzenia wiązało się jeszcze z 440 rocznicą wyboru na królową Anny Jagiellonki przez ówczesną szlachtę.

Z powodu ograniczeń czasowych powiązanych z planem dnia nie mogłem byś na wszystkich wydarzeniach powiązanych z tym epizodem oraz szczegółowo przejrzeć wszystkich możliwych miejsc. Dzięki temu nie mogłem dowiedzieć się więcej o niektórych sprawach. Z jednej strony żałuję, natomiast z drugiej strony zapewnię moje finanse i organizm by nie wytrzymały. W Warszawie po raz pierwszy w tym roku kalendarzowym było naprawdę ciepło i mój organizm nie był przygotowany na dosyć spore opalanie oraz ubywanie odpowiednich płynów. 

Początek imprezy

Dalej nie przeciągając opisu i westchnień pod tytułem co by było gdyby, bo tak naprawdę nie po to piszę ten post. Tylko, aby opisać to co sam zobaczyłem i chciałbym nawiązać do historii.
Na początku mojego planu uczestnictwa było podejście w pobliże pomnika Electio Viritim, aby uczestniczyć w odsłonięciu drugiej części tego monumentu. Akurat udało mi się dołączyć do grupy ludzi i zobaczyć tą chwilę. Może nie będę pamiętał szczegółowo tej chwili, ale na pewno będę mógł wspominać, że jednak byłem.

Zdjęcie pomnika Electio Viritim

W czasie odsłaniania wypowiadało się kilka osób, które były powiązane z tym momentem albo też miejscem – wszystko zależało jaka to była osobistość. W trakcie wypowiedzi zauważyłem, że część uczestników odczuwało powagę momentu oraz atmosferę miejsca. Sam też doznawałem efektu, że to tu podejmowano ważne decyzje dla kraju.

Po odsłonięciu pomnika skierowałem się do drugiego, ale już ważniejszego, miejsca, gdzie odbywała się dalsza część imprezy. Mogłem sobie pozwolić na dłuższe docieranie, bo akurat miałem ponad 30 minut na dotarcie do miejsca docelowego.

To co zastałem na początku imprezy

Jak pojawiłem się w pobliżu rozpoczęcia imprezy, nawet przed oficjalnym początkiem to zobaczyłem, że wszystkie namioty zostały postawione, lecz tylko w części z nich nie do końca było wszystko poukładane. Było to raczej spowodowane tym, że nie było możliwości przyblokowania ludzi jak nie ogólnie to przynajmniej do poszczególnych miejsc. Chociaż też nie było aż tak wielkiego tłumu to naprawdę nie wszyscy zdążyli wystawić tego co chcieli. Spowodowane to było, że ktoś ich zagadał i nie mogli do końca poukładać. Tak było w przypadku mężczyzny związanego z drukiem.

Druk z dawnych czasow

U niego było ewidentnie widać, że nie ma czasu poustawiać wszystkiego to co miał, ale miał coś w zanadrzu. Była to wielka wiedza oraz chęć jej przekazania ludziom stojącym wokół niego. Jak ja podszedłem na początku to właśnie on zebrał jeden z największych tłumków wokół siebie przekazując cudownie informacje, przynajmniej dla mnie tak było.

To co się dowiedziałem od tego pana to jest to, że drzeworyty są wykorzystywane do druku jeszcze w obecnych czasach, lecz to są związane z produkcją bawełny ze wzorami z farb (szkoda, że nie zapamiętałem nazwy to tak bym podał). Podobnie było jeszcze w Polsce w latach 70. XX wieku w łódzkich fabrykach, co można zobaczyć na filmie Ziemia Obiecana Wajdy. Jak jeszcze stałem były informacje, że Chińczycy mieli możliwości technologiczne, aby tworzyć druk podobnie jak to robił w Europie Gutenberg. Niestety chińska drukarze zrezygnowali z druku na poczet tekstu pisanego odręcznie. Jest proste wyjaśnienie, standardowy europejski alfabet ma 26 znaki (co do poszczególnych krajów ilość może odpowiednio wzrosnąć - np. w Polsce są 32 znaki), natomiast w przypadku alfabetu pisma chińskiego znaków jest kilkaset tysięcy (niektórzy twierdzą, że około miliona). Było jeszcze kilka ciekawostek, lecz niestety moja pamięć nie mogła ogarnąć wszystkiego to co było mówione a ja niestety nie miałem żadnego notesu.

Z powodu pędzącego czasu oraz chęci zobaczenia jak najwięcej poszedłem dalej, aby zobaczyć co jest ciekawego dalej. Wystarczyło mi podejść o kilka kroków dalej do następnego namiotu i jego okolic i zobaczyłem to co jest na zdjęciu poniżej. Ta pani to przygotowuje gulasz według przepisu z XVII wieku, sam widziałem jak część rzeczy wprowadziła do tego garnka. Na samym początku się zdziwiłem co jest robione, dopiero później do mnie dotarło.

Gulasz

Koło kuchni stało jeszcze jedno stanowisko związane z jedzeniem. A była to tak naprawdę wędzarnia, jak na zbyt mało czasu to nieźle postawiona. Nie wiem czy mężczyzna nie miał już wcześniej formy związanej z kominem wędzarni, a resztę na szybko sam przygotował. Zdjęcie związane z tym co opisałem znajduje się poniżej.

Starodawna wedzarnia

Kilka stoisk było naprawdę ciekawych i wartych zobaczenia. Do tego jeszcze mogłem zobaczyć w jaki sposób można było uzyskać linę i dowiedzieć się, że na jeden metr liny żeglarskiej było potrzebnych 64 metry linki bawełny. W takim przypadku trudno jest mi powiedzieć czy bym wytwarzał taki produktów w XVI wieku. Na końcu pokazowo - naukowych namiotów ujawnił mi się mincarz. Miło mi spotkać człowieka na takim stanowisku, który pojawia się na każdej tego typu imprezie historycznej. Na tyle sie do nich przyzwyczaiłem, że nie było dla mnie wielkiego łoł i pędu do tego człowieka. Sam tłumek i wąskie wejście pod płachtę, gdzie się znajdował mincerz nie dawało mi dojrzeć jakie są wzory i ewentualnie zdobyć jeden z egzemplarzy.

Po tym wszystkim zorientowałem się, że nie mam co szukać i warto powrócić do opowieści związanych z drukiem. Idąc tam zdałem sobie sprawę, że jednak jeszcze jest coś do obejrzenia. Zapomniałem o ludziach odtwarzających przeróżne sceny i są kawałek dalej od sceny i namiotów, które oglądałem. Z tego też względu poszedłem tam i rozpocząłem oglądać co jest organizowane. Dzięki temu mogłem po kilku minutach zorientować się, że w pobliżu są ludzie powiązani z husarią i jeżdżą sobie, aby przygotować wszystko do działania. W którymś momencie podjechali bliżej tłumu i stanęli każdy obok siebie. Dla mnie było bardzo miło. Była to moja pierwsza styczność związana odtwarzaniem oddziału husarskiego.

część husarii z imprezy

Zorientowałem się, że jednostki związane z rekonstrukcją próbują się zorganizować i przygotować się do początku inscenizacji, jaka została zaplanowana na kilka minut do przodu. Z tego też powodu na szybko orientować się co się dzieje wokół mnie oraz co się znajduje. Co odnalazłem to na pewno kilka armat i chałbic. Jeden z przykładów znajduje się poniżej. 

armata

Jak pochód się rozpoczął to było miło patrzeć jak wszystkie grupy idą w kierunku jedynej sceny w czasie imprezy. Ktoś kto potrafił nie tylko rozpoznać jednostki, ale też dokładne uzbrojenie to mógł pochwalić się swoją wiedzą. Poniżej na zdjęciu pokazuję, że jedną z chałbic właśnie wzięto do całego pokazu. Jeszcze muszę pochwalić organizatorów, strzelili na przywitanie wszystkich właśnie z tego cuda. Można zobaczyć na jednym z moich filmików pod adresem http://youtu.be/ijYMNkc7BXY.

armata w transporcie

Cała inscenizacja jeszcze trwała, pojawiały się jeszcze przeróżne mowy zwiazane z elekcją Stefana Batorego, który w czasie całej imprezy miał być jedną z najważniejszych postaci. Z powodu ciągnięcia współtowarzyszy imprezy zostałem pociągnięty dalej do oglądania, w pewnym sensie żałuję, że nie mogłem posłuchać przemów ze sceny. A do tego jeszcze zobaczyć całej akcji toczącej się na scenie. Za to w którymś momencie zrobiłem zdjęcie panoramiczne przedstawiające co się działo pod i w pobliżu sceny. 

panorama to co się działo pod sceną

Po odejściu kawałek i zobaczeniu wielu atrakcji zwiazanych z obozowiskiem inscenizatorów poczułem chęć zobaczenia przynajmniej z odległości co się dzieje pod sceną i zorientowałem się, że wszystkie przemówienia się skończyły i pochód rozpoczął wracać do siebie. Nagle moim oczom stanęło czoło całej grupy. 

Uwaga! Idzie korowód króla!

Muszkieterowie

Uwaga! Husaria!

Poniżej jedno ze zdjęć jakie zrobiłem w czasie imprezy. Sowa znajdowała się na stanowisku sokolników. Chętnie bym ich zobaczył w czasie Królewskiej Woli, lecz się nie doczekałem. Co żałuję 

Sowa u Sokolników

Moje zdanie o tym co widziałem

To co ja widziałem to dla mnie jeden z tych momentów, które będę bardzo dobrze wspominać. Nie z tego powodu, że mogłem widzieć uzbrojenie z XVI wieku i jakby co to jeszcze wziąc do ręki, ale bardziej było spowodowane tym, że mogłem poczuć tamte lata i możliwości jakie za nimi się kryły. Dodatkowo poczułem się jak młodszy ja, bo od bardzo dawna nie chodziłem na takie imprezy - ciągle praca i praca, przez to też nie miałem możliwości wyłapania czegoś ciekawego. Teraz wiem, że nie mogłem lepiej trafić, żałuję jednak, że nie mogłem tam pobyć o wiele dłużej i zobaczyć wszystko to co było ciekawego. 

sobota, 25 kwietnia 2015

Pisząc tekst na moim drugim blogu na temat Linii Maginota postawiłem stwierdzenie, że Francja tworząc swoje fortyfikacje zapomniała zabezpieczyć w całości swoich granic. Dla Francuzów było to zgubne, Niemcy ze swojej strony budując ze swojej strony podobny projekt bardziej się przygotował, stworzyli Linię Zygfryda.

Ogólne informacje o Linii Zygryda

Linia Zygfryda inaczej też nazwany Wał Zachodnim albo też linią Hindenburga i tak naprawdę jest systemem niemieckich fortecznych umocnień wzdłuż granicy Niemiec z Francją i Luksemburgiem, który powstał w latach 1936 – 1939 i był rozbudowany do 1944 toku. Po zweryfikowaniu liczy około 600 kilometrów. W czasie trwania działań budowlanych wzniesiono na niej około 15 560 obiektów fortyfikacyjnych i umocnień. Co oczywiście przyczyniło się w późniejszym okresie na lepszą obronność kraju.

Linia Zygfryda składała się z 3 stref, z północnej, centralnej oraz południowej. Strefa północna miała długość około 250 kilometrów i składała się z tzw. pozycji Holenderskiej oraz linii obronnej Eiffel zlokalizowanej na wysokości Belgii i Luksemburga. Strefa centralna rozciągała się od Trewiru do Karlsruhe osiągając długość około 160 kilometrów. Strefa południowa miała 170 kilometrów na odcinku Karlsruhe - Bazylea. Ponadto linię Zygfryda tworzyły dodatkowo twierdze w Kolonii, Wesel oraz Koblencji i Moguncji. Dodatkowe rejony umocnione znajdowały się po stronie wschodniej Schwarzwaldu i wzdłuż doliny rzeki Neckar.

Karte_westwallLinia Zygfryda
Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Karte_westwall.png

Linia na całej długości miała około 10 kilometrów szerokości pasa obrony, zwykle złożonego z dwóch osobnych linii. Umocnienia składały się z żelbetowych schronów bojowych różnego typu. Największe wykonane obiekty to tzw. Panzerwerke o odporności B (według niemieckiego systemu oznaczało to ściany i stropy o grubości 1,5 metra oraz pancerze 250 – 300 milimetrów; obiektów o odporności A – 3,5 metra betonu, 600 milimetrów pancerza – praktycznie nigdzie nie ukończono). Były to zazwyczaj dwukondygnacyjne schrony bojowe, wyposażone w kopuły pancerne i uzbrojone w karabiny maszynowe, granatniki i miotacze ognia. Linię uzupełniały liczne mniejsze obiekty. Na Wale Zachodnim wzniesiono także kilka grup warownych, gdzie obiekty połączone były systemem podziemnych tuneli. W efekcie zatrzymania budowy linii umocnień nie uzupełniono o schrony z wieżami artyleryjskimi i bronią przeciwpancerną. Na całej długości linii Zygfryda funkcjonował dodatkowo pas obrony przeciwlotniczej.

Dla osób interesujących się historią to umocnienia zostały zaatakowane przez wojska amerykańskie we wrześniu 1944. Całkowicie zdobyte pod koniec marca 1945 roku.

Ogólne informacje o Linii Maginota

Linia Maginota to nazwa stosowana na francuskie fortyfikacje zbudowane, a następnie wzmacnianych w latach 1929 – 1934 na wschodnich granicach państwa. Natomiast umacniano je do 1940 roku. Przeważnie mówiąc o Linii Maginota ma się na myśli najsłynniejsze umocnienia – na granicach z Niemcami i Luksemburgiem, chociaż nie była to jedyną fortyfikacją w takim stylu przy granicy niemiecko – francuskiej. Na całą linię składa się wiele części. Należy do niej właściwa Linia Maginota, Linia Obrony Renu, Nowe Fronty (które znajdują się przy granicy z Belgią) oraz Mała Linia Maginota (fortyfikacje na granicy z Włochami).

A19_hackenberg_gfm_001Grupa warowna Hackenberg: obserwacyjno – bojowa kopuła pancerna typu GFM, zwraca uwagę charakterystyczne maskowanie.
Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:A19_hackenberg_gfm_001.jpg

Francja po doświadczeniach po I wojnie światowej chcąc ominąć następnych walk pozycyjnych wyniszczających nie tylko ludzi, rozpoczęła przygotowania warowne przy granicy z Niemcami. Silne umocnienia kraju miały dać ofensywie przeciwnika i dać możliwość wyjścia z konktratakiem. W zamyśle jej projektantów i pomysłodawców miała ona być przeszkodą nie do pokonania dla ewentualnej agresji Niemiec na Francję i była klasycznym rozwinięciem zasad wojny pozycyjnej – francuska doktryna wojenna zakładała wyższość wojny obronnej nad działaniami ofensywnymi. Podstawowymi elementami linii Maginota, tworzącymi jej najważniejsze odcinki były grupy warowne. Najczęściej ich stosowany podział wyróżnia forty artyleryjskie oraz małe forty, które zostały wyposażone jedynie w broń piechoty. Przeciętna duża grupa warowna liczyła 5 - 6 bloków (schronów), połączonych podziemną komunikacją, oraz dodatkowe bloki wejściowe.

Które fortyfikacje są reakcją na przeciwnika

Jakby patrzeć na okres budowy to raczej Linia Maginota jest odpowiedzią na Linię Zygfryda, lecz tak naprawdę sprawa inaczej wygląda. Francuzi ze swoim pomysłem raczej zwlekali, powodem było to, że nie mieli wspólnego pomysłu co zrobić. Dzięki temu Niemcy mieli możliwość wyprzedzenia francuskich wykonawców i dopiero z czasem dodawać ewentualne poprawki do swoich prac.

Francuzi niby mieli możliwości od samego początku wprowadzenia pomysłu do realizacji, lecz tak naprawdę reakcja na to była zupełnie opóźniona. Mogę jedynie się domyślać, że Francja po walkach związanych z I wojną światową próbowała odbudować to zostało zniszczone w czasie tej wojny, a dopiero później rozpocząć przemyślenia co dodatkowo zrobić w przypadku zabezpieczenia swoich granic przed ewentualnym atakiem z zewnątrz. Szkoda, że z takim opóźnieniem pomysłodawcy nie poprawili swoich planów względem niemieckich umocnień, tylko przygotowali się do obrony tylko styku z jednym krajem. Przez to faszyści mogli lepiej się przygotować w przypadku obrony, ale też ataku.

Na obecną chwilę tak naprawdę żadna z Linii nie jest reakcją na drugą. Nawet nie ma żadnych zmianek (przynajmniej na takie nie trafiłem), że któreś z umocnień było czymś w rodzaju odpowiedzi przynajmniej na zapowiedzi. Jeśli takowe gdzieś są to ja o nich nie wiem, ale z miłą chęcią bym się z nimi zapoznał.

Definicje użyte w tekście

Panzerwerk jest to tak naprawdę nazwa nadana przez propagandę niemiecką ciężkim schronom bojowym wznoszonym na zachodniej i wschodniej granicy III Rzeszy. Nazwa – wraz z jednolitą numeracją wszystkich schronów posiadających odporność od B1 wzwyż – została nadana w lecie 1939 roku. Zdaniem badaczy głównym wyznacznikiem dla uznania schronu za panzerwerk powinien być fakt wyposażenia go w kopuły sześciostrzelnicowe dla dwóch karabinów maszynowych.

Bibliografia

  1. http://pl.wikipedia.org/wiki/Linia_Zygfryda;
  2. http://pl.wikipedia.org/wiki/Linia_Maginota;
  3. http://pl.wikipedia.org/wiki/Panzerwerk;
  4. http://www.rozbria.pl/fortyfikacje-zwane-linia-maginota/;
wtorek, 17 marca 2015

Pisząc tekst o rzezi na warszawskiej Woli dotarłem do artykułów związanych z ludźmi, którzy przeżyli nie tylko II wojnę światową, powstanie warszawskie, ale też rzeź na Woli. Do tej chwili każdy z żyjących uciekinierów ma w pamięci to wydarzenie. Z tego też powodu mam dla nich wielki szacunek i tworząc ten tekst mam chęć upamiętnić te wspomnienia oraz zabitych przez faszystów.

Wielkość człowieka spisana nie tylko w pamięci

Wspomina Jerzy Janowski, który w czasie rzezi miał 12 lat:

W Warszawie trwało powstanie. Było piękne lato. Wczesny ciepły ranek 5 sierpnia 1944r. nie zapowiadał wyroku na naszą dzielnicę. Był to piąty dzień Powstania Warszawskiego. Wola płonęła, unosiły się kłęby dymu i swąd palonych ciał, panował strach i przygnębienie. Niemcy ściągali posiłki w ludziach i w sprzęcie z tak zwanego kraju Warty - Poznania. Słychać było bez przerwy kanonady karabinów maszynowych i pojedyncze strzały oraz detonacje granatów. Na rozkaz Himmlera przybyły na przedmieścia Woli oddziały niemieckiej "odsieczy" pod dowództwem SS - Gruppenführera Heinza Reinefartha, oraz brygada kryminalistów i zawodowych przestępców niemieckich podkomendnych SS - Oberführera Oskara Dirlewangera. Pod osłoną czołgów i wozów pancernych rozpoczął się gwałtowny szturm miasta od zachodu, którego głównym traktem do Śródmieścia była ulica Wolska.

Pod domem, w którym mieszkaliśmy na Woli przy ulicy Sowińskiego pojawiła się grupa szturmowa żołnierzy w mundurach niemieckich obwieszonych taśmami amunicji i granatami. Były to oddziały niemieckie i ich kolaboracyjni sprzymierzeńcy: Rosjanie i Ukraińcy. Widok był przerażający. Strach paraliżował poruszanie się i zapierał dech. Kilkunastu żołnierzy wbiegło do budynku i plądrowało mieszkania, grabiąc, co się dało. Lęku, jaki nas ogarniał nie da się opisać. Nagle padły strzały i dwujęzyczne okrzyki: "raus", "wychodzitie skorej", "schnell". Wszyscy mieszkańcy naszej kamienicy rzucili się do wyjścia i tu znów padły komendy: "hände hoch", "ruki wierch", "pod stienku".

Pod ścianą domu od ulicy uformowany został szpaler ludzi stojących przodem do ściany z podniesionymi rękoma. W tym szpalerze złożonym z sąsiadów stała nasza mama z dwójką młodszych dzieci (10 i 12 lat).
W odległości kilku metrów od nas stał Oddział Szturmowy, z peemami trzymanymi w ręku. Rozlegało się ludzkie skomlenie: "litości". Potęgowała się groza. Na moment zaległa cisza, słychać było tylko szczęk repetowanej amunicji. Za chwilę miało być po wszystkim.

W tym przełomowym momencie między życiem a śmiercią, stał się cud. Z kierunku ulicy Grodziskiej biegło dwóch Niemców strzelających w górę, na znak, że czegoś chcą. Po dopadnięciu na miejsce okazało się, że było to dwóch oficerów niemieckich z Wehrmachtu i Bahnschutzu. Jeden z nich był Komendantem Posterunku Kolejowego, który istniał od kilku lat okupacji przy bocznicy kolejowej nieopodal naszego domu.
Po dramatycznych pertraktacjach z Oddziałem Szturmowym, które trwały wieczność i nieznanych nam argumentach oficerów, odstąpiono od egzekucji. Byliśmy ocaleni! Ocalenie jak się później okazało było za sprawą mieszkanki naszego domu, sąsiadki z górnego piętra, która znała język niemiecki i widząc narastający dramat pobiegła co sił w nogach błagać ich o ratunek, ratując nas w ten sposób od niechybnej śmierci.

W taki oto sposób część uratowanych przeżyło. Ktoś znał język niemiecki a w niektórych momentach miał jeszcze dodatkowe dojścia na przeróżnych komendach policji albo też w innych miejscach. Dla mnie osobiście jest to dowód, że część faszystów było naprawdę ludźmi i dało się namówić na odstąpienie od egzekucji.

Niektórzy ludzie uciekali w przeróżne miejsca, aby się schronić przed niemiecką ofensywą i rozstrzeliwaniem. Część z ludzi chroniła się w miejscach świętych (np. kościoły) albo w szpitalach. W pierwszym przypadku odnalazłem wspomnienie 12-letniej dziewczynki, która nazywała się Marysia Cyrańska.

Kazano nam wyjść (z dolnej cerkwi) na ul. Wolską. Tu zobaczyłam na szynach tramwajowych rozstawione karabiny maszynowe. Podprowadzono nas do rowu obok parkanu cerkwi. Kazano nam wejść do rowu, po czym padła salwa...

Strzelali z karabinu maszynowego oraz broni ręcznej. Gdy wszyscy upadli strzelanina ustała. Upadłam będąc ranną w lewe ramię. Oprócz tego odłamek ranił mnie w skroń i policzek. Leżąc zauważyłam, że człowiek nieznanego nazwiska poruszył się, wtedy Niemcy dobili go. Po sprawdzeniu, iż wszyscy nie żyją, Niemcy odjechali. Wówczas wstałam i zaczęłam wołać... Nikt nie odpowiadał. Wówczas poszłam przez Cmentarz Prawosławny do domu na ul. Elekcyjną 15. Gdy doszłam, zastałam wszystkich lokatorów domu, również babcię, ciocię Helenę Cyrańską i wuja Stanisława Cyrańskiego.

W tym czasie przybył do nas lokator z domu Hankiewicza z ulicy Wolskiej 129 i opowiadał o egzekucji, która tam się odbyła tego dnia. Wówczas wuj z tym mężczyzną postanowili udać się na miejsce tej egzekucji, celem niesienia pomocy rannym. Widziałam, jak weszli na wał cmentarza prawosławnego i w tym momencie spotkali idących niemieckich żołnierzy, którzy ich obu zastrzelili. Pozostałam z babcią i ciocią Heleną, ukryłyśmy się w ogrodzie przy domu.

Nazajutrz 6 sierpnia ciocia i babcia słysząc rozmowę w domu, udały się w kierunku tych głosów. Byli to Niemcy, którzy zastrzelili je. Widząc to, uciekłam przez cmentarz...

Ujęło mnie dwóch żołnierzy ukraińskich. Jeden z nich chciał mnie zastrzelić, drugi temu się sprzeciwiał. Puścili mnie wolno. Udałam się do Szpitala Wolskiego... Oprócz mnie był tam bezdomny chłopiec, który tak jak ja ocalał z tej samej egzekucji (jego rodziców zabili przy cerkwi). Nazywał się ten chłopiec Kępiński.

Szczególnym okrucieństwem wsławił się złożony z kryminalistów batalion Oskara Dirlewangera. Na jego szlaku znajdowały się jedno po drugim następne miejsca kaźni. O zbrodni z rejonie parku Sowińskiego od strony ul. Wolskiej opowiada ocalała Wacława Szlacheta, wówczas lat 43:

W dniu 5.08.1944 r. o godz. 10-tej na podwórze naszego domu - Wolska 129, wpadł oddział niemiecki. Było ich kilkudziesięciu. Byli uzbrojeni w ręczne karabiny maszynowe i granaty. Dom był duży, posiadał przeszło 150 lokali i ok. 600 lokatorów... W domu pozostało kilkoro obłożnie chorych. Wyszłam z mieszkania z mężem, dwoma synami i dwiema córkami. Razem z innymi mieszkańcami domu, żandarmi kazali nam wyjść na ulicę Wolską, przejść jezdnię i zatrzymać się przy Parku Sowińskiego. Odłączono mężczyzn od kobiet oraz oddzielono od matek chłopców w wieku od 14 lat. Ustawiono nas przy siatce Parku Sowińskiego, zaczynając od bramy parku... do miejsca, gdzie stoi krzyż kamienny.

Stojąc pod siatką zobaczyłam, iż na rogu ul. Wolskiej i Ordona, stoi na podstawie karabin maszynowy, przy naszym domu w odległości ok. 10 m od ul. Ordona, w kierunku Prądzyńskiego, stoi drugi karabin maszynowy. Widziałam też trzeci karabin, ale dziś już nie pamiętam, w którym miejscu (stał bliżej Prądzyńskiego). Z tych karabinów żołnierze niemieccy dali do nas salwy... Upadłam na ziemię. Nie byłam ranna. Na moje nogi padały zwłoki. Żyła jeszcze leżąca przy mnie, moja najmłodsza córka Alina.

Leżąc widziałam i słyszałam, jak żołnierze niemieccy chodzili pomiędzy leżącymi, kopali ich sprawdzając, kto jeszcze żyje. Żyjących dobijali pojedynczymi strzałami z rewolwerów... Widziałam, jak żołnierz podszedł do wózka, w którym leżały kilkumiesięczne bliźnięta mojej sąsiadki Jakubczyk i zastrzelił je. Przez cały czas słyszałam jęki konających... Zwłok męża i synów nie widziałam odchodząc z miejsca mordu, jednak ślad po nich zaginął. Zwłoki obydwu córek widziałam...

W zeznaniach Jana Grabowskiego można też odnaleźć okrucieństwo faszystowskich żołnierzy.

... 5 sierpnia 1944 r. wpadło na podwórze naszego domu przy ul. Wolskiej 123 ok. 100 żandarmów niemieckich, ustawili się szpalerem aż do kuźni, która mieściła się w głębi ul. Wolskiej nr 124, prawie naprzeciwko naszego domu... Wyszedłem razem z żoną Franciszką, córką Ireną l. 4 i synem Zdzisławem, Jerzym 5 mies. Na placu przed kuźnią padł rozkaz, by wszyscy położyli się na ziemi. Z naszego domu grupa wynosiła około 500 osób. Gdy ja z rodziną doszedłem, na placu już leżeli ludzie.

Gdy już leżałem, zobaczyłem, iż jest ustawiony na podstawie karabin maszynowy... w odległości około 5 - 10 metrów. Niemcy zaczęli strzelać z karabinu maszynowego i karabinów ręcznych, a także rzucać granaty w tłum leżących ludzi... Po jakimś czasie strzelanina ustała, zobaczyłem, iż Niemcy przypędzili nową grupę ludzi... Strzelanina trwała z przerwami na dobijanie co najmniej 6 godzin... Po mnie żandarm trzy razy przeszedł butami, sam ranny nie byłem, ale żona i dzieci zostały zamordowane. Słyszałem jak żandarm mówił, by zabić mego 5 miesięcznego synka, który płakał, po czym posłyszałem strzał i dziecko ucichło... Leżąc udawałem zabitego... Gdy robotnicy noszący trupy przyszli, by i mnie zabrać, wtedy wstałem, wziąłem z nimi trupa do noszenia i robiłem to, aż do zakończenia roboty. Trupy nosiliśmy na dwie kupy... aż do zmroku. Jeden stos miał długość około 20 metrów, drugi - 15 metrów, szerokość około 10 metrów, wysokość ok. 1,5 metra ... W dalszym ciągu za noszącymi trupy chodzili żandarmi i dobijali jeszcze żyjących...

O mordzie w kolonii Wawelberga przy ulicy Górczewskiej 15 relację złożyła kobieta o nazwisku Jakubowska. Nie tylko opisuje jak strzelano do ludzi, lecz przekazuje informacje jak podpalono budynek i dobijano uciekających z płomieni.

Dnia 7 sierpnia 1944 godzinie 9 rano, ulica Górczewska 15. Trzy czteropiętrowe bloki Wawelberga otaczają Niemcy z SS. Wrzucają do wewnątrz granaty, wokoło ustawiono karabiny maszynowe; nikogo nie wypuszczają. Dom podpalony ze wszystkich stron; kto wychodzi jest zabijany; poparzeni rzucają się z okien, nikt nie może wyjść z płomieni, palą się żywcem, cudem tylko mógł się ktoś stamtąd wydostać; wiem o jednej kobiecie, która z 2 piętra wyskoczyła oknem i ocalała; przy wyjściu pełno trupów tych, którzy chcieli uciec z płomieni; widziałam wśród nich kobietę z dzieckiem przy piersi.

Domy były otoczone ze wszystkich stron. Jak przypuszczam, mogło być w tych blokach do 2.000 (dwa tysiące) ludzi. Nikt żywy stamtąd nie wyszedł, chyba cudownym wprost sposobem, jak wspomniana wyżej kobieta.

Przerażającą relację złożyła Wanda Felicja Lurie, która zamieszkała przy ul. Wawelberga 18.

Do 5 sierpnia 1944 r. wraz z trojgiem dzieci w wieku 11, 6 i 3,5 lat przebywałam w piwnicy domu Wawelberga 18. Byłam w ostatnim miesiącu ciąży. Około godziny 12-tej wkroczyli na podwórko Niemcy, wzywając ludność do opuszczenia piwnic. Zaraz potem zaczęli wrzucać do piwnic granaty zapalające... Na Wolskiej 55, przed bramą fabryki "Ursus" zgromadzono ponad 500 osób... Po godzinie wprowadzono mnie z grupą osób do wnętrza fabryki. Na podwórzu zobaczyłam zwały trupów do wysokości 1 m... W grupie, w której byłam, było wiele dzieci po 10 - 12 lat, często bez rodziców...

Błagałam otaczających nas Niemców, by ratowali dzieci i mnie. Któryś zapytał, czy mogę się wykupić. Dałam mu 3 złote pierścionki. Wziął je, lecz kierujący egzekucją oficer kazał mnie dołączyć do grupy idącej na rozstrzelanie... Odepchnął mnie tak, że się przewróciłam. Widział, że jestem o ostatnim miesiącu ciąży. Potem uderzył i popchnął mojego starszego synka wołając; Prędzej ty polski bandyto!... Dzieci szły płacząc... W pewnym momencie oprawca stojący za mną strzelił starszemu synkowi w tył głowy, następne strzały ugodziły młodsze dzieci. Potem strzelano do mnie. Przewróciłam się na lewy bok. Kula trafiła w kark, przeszła przez dolną część czaszki, wychodząc przez prawy policzek. Dostałam krwotoku ciążowego, a wraz z kulą wyplułam kilka zębów.

Byłam przytomna i leżąc wśród trupów widziałam wszystko... Dopiero, gdy się zrobiło ciemno, egzekucje ustały. Oprawcy chodzili po trupach, kopali, przewracali, dobijali żyjących, rabowali... Leżałam tak wśród trupów trzy dni. Trzeciego dnia poczułam, że dziecko, którego oczekuję, żyje. To dodało mi sił i kazało mi myśleć o ratunku... Po wielu próbach wydostałam się na ulicę Skierniewicką. Dołączyłam do małej grupki ludzi. Schwytali nas jednak Ukraińcy i zapędzili do kościoła świętego Wojciecha... Po dwóch dniach zostałam przewieziona furmanką do obozu przejściowego w Pruszkowie, stamtąd do szpitali w Komorowie i Leśnej Podkowie... 20 sierpnia urodziłam synka...

We wspomnieniach z rzezi wolskiej można też odnaleźć księży, którzy przeżyli i opisują wydarzenia. Autorem cytowanych słów jest ks. dr Bernard Filipiuk

5 sierpnia 1944 roku Niemcy znowu wkroczyli do Szpitala Wolskiego, już w większej liczbie. Wśród nich byli Ukraińcy i Gruzini. Około godz. 1-ej oficer niemiecki z dwoma SS-manami wkroczył do gabinetu dyrektora szpitala, dr. M. Piaseckiego, przy którym byli prof. dr J. Zeyland i ks. (K. Ciecierski), kapelan szpitala. Oficer ten ich zastrzelił. Zaraz po zastrzeleniu mówił mi o tym jeden z lekarzy. Wówczas Niemcy rozproszyli się po całym szpitalu i pod groźbą karabinów wyrzucali chorych z łóżek... Byłem po operacji brzucha. Niemiec uderzył mnie, zepchnął z łóżka i wypchnął na korytarz. Byłem tylko w piżamie i boso.
Przed szpitalem stał już długi szereg ludzi ustawionych czwórkami: chorzy, lekarze, siostry i ludzie, którzy schronili się w szpitalu... Poprowadzono nas Płocką i Górczewską w kierunku kolei obwodowej... Skierowano nas na podwórko jakiejś fabryki... Wyciągano ludzi partiami, najpierw zdrowych, później chorych... Ustawiano nas czwórkami po 12 osób. Zabrano nam zegarki i... Byliśmy już pewni, że idziemy na śmierć. Wówczas byłem już w sutannie, którą przyniosła mi siostra Szarytka... Miejscem egzekucji było duże podwórze. Stałem tam około 15 - 20 minut. I widziałem jak przede mną rozstrzeliwano każdą 12-tkę, strzelając w plecy.

W oczekiwaniu na śmierć, ojciec Jerzy Żychoń, misjonarz z Krakowa, który był chorym w Szpitalu Wolskim, udzielił wszystkim generalnego rozgrzeszenia, a ja jemu. Po czym odmówiliśmy głośno "Ojcze nasz". Przy ostatnich słowach gestapowiec krzyknął: "Naprzód"! Usłyszałem po niemiecku: "Ognia". Padła salwa, a ja przewróciłem się razem z ojcem Żychoniem, który mnie trzymał cały czas pod rękę. On mnie też za sobą pociągnął. Zorientowałem się, że żyję i nie jestem ranny, ale zacząłem udawać trupa. Gestapowiec podszedł do mnie, kopnął mnie w kolano, zaklął i strzelił w głowę - kula przeszła koło ucha. Byłem uratowany...
Muszę podkreślić, że nie tylko sami mężczyźni zostali rozstrzelani przy ulicy Górczewskiej. Ze mną były też i kobiety... Myślę, że były to żony, matki lub córki, które przyłączyły się same do swych najdroższych - najbliższych prowadzonych na śmierć...

W mojej dwunastce razem ze mną była kobieta. Na ręku trzymała małe dziecko, które mogło mieć rok. Z tym dzieckiem została rozstrzelana. Prosiła gestapowca, aby najpierw zabił dziecko, a potem ją. Uśmiechnął się i nic nie odrzekł. Dziecko to długo czas po rozstrzelaniu matki kwiliło i płakało.

Dodatkowe informacje

Nie wiem jak Wy uważacie, ale dla mnie te wspomnienia to tak naprawdę informacja jakie okrucieństwo pojawiało się w czasie rzezi na Woli. Oczywiście podobnych relacji można odszukać z różnych miejsc, gdzie docierali niemieccy faszyści i zdobywali teren, lecz było to na mniejszą skalę - jeśli w ogóle się ukazywało.

Tekst powstanie w o wiele dłuższej formie na drugim moim blogu, gdzie tak naprawdę jest ciąg kilku wpisów związanych z powstaniem warszawskim oraz II wojną światową.

Bibliografia

http://www.sppw1944.org/index.html?http://www.sppw1944.org/powstanie/wola.html

Witam.

Ten wpis traktuję jako tekst powitalny, aby mógł Was zabawić do momentu jak nie przygotuję odpowiedniej informacji dla Was związanej z historią. Historia jest na tyle ciekawa, że można opowiadać o niej sporo. Nie wiem jak Wy uważacie, zapewnię będziemy stać po przeciwnych stronach barykady.

Dlaczego? A dlatego, że część z Was na podstawie swojej edukacji w szkole zniechęciło się do historii i próby dotarcia do naprawdę ciekawych momentów w historii ludzkości. Mogę być pewien, że jak przedstawię kilka momentów to podejdziecie inaczej to spostrzegania. A do tego część osób będzie szanowała niektórych bohaterów.

Jakby co to możecie odnaleźć fanpage na FB pod adresem https://www.facebook.com/rozbria. Tak, tak wiem. Jest to FP do innego bloga, jest to mój drugi blog, gdzie też opisuję historię. Jeśli chcecie to też na niego zapraszam, znajduje się pod adresem http://www.rozbria.pl/.

21:55, roz.wad
Link Dodaj komentarz »